deviant art

Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
[x]
Download File
HTML, 32.3 KB
more ▶

More from ~AtemsGirl

Featured in Groups:

Details

January 3, 2009
32.3 KB
Thumb

Statistics

Comments: 2
Favourites: 21 [who?]

Views: 740 (0 today)
Downloads: 6 (0 today)
[x]
Seria: D.Gray-Man
Pairing: Yullen

RIProductions [Redemption Is Perpetual] - Gaia & Erissan

----

Stopniały wosk powoli spłynął po dziurawym świeczniku, po czym skapnął na podłogę. Czarnowłosy egzorcysta nie zauważając tego, szedł niezadowolony po lochach kwatery, trzymając tackę z jedzeniem i postawioną na niej świeczką. Zirytowany wymijał coraz to kolejne cele, nie mogąc znaleźć tej jednej, której szukał. Co chwila rzucał pogardliwe spojrzenia śpiącym wewnątrz więźniom, rozpoznając jedynie paru z nich. O żadnym nie mówiono wiele, nikt nie kojarzył ani jak się nazywali, ani co tak naprawdę zrobili. Tylko jeden skazaniec znany był wszystkim egzorcystom, a jego sprawa głośna i dobrze rozpowszechniona. To właśnie do niego kierował się Yuu, zmuszony do dostarczenia ostatniego posiłku.
„Allen Walker” – przeczytał w myślach Japończyk, docierając do właściwego miejsca.
- Che, głupi moyashi.
Decyzja o uwięzieniu Allena wstrząsnęła prawie wszystkimi. Na dodatek nie minął nawet tydzień, a już wydano wyrok o uśmierceniu białowłosego. Przez cały ten czas Kanda musiał zmagać się z wysłuchiwaniem protestów Laviego, a także z pocieszaniem Lenalee, co nawet w najmniejszym stopniu mu nie wychodziło. Sam przejęty był tym wszystkim równie bardzo jak reszta, mimo iż nie pozwolił sobie na okazywanie tego.
- Moyashi, jedzenie – burknął, wchodząc do środka.
Poświecił świecą po wnętrzu celi, mrużąc lekko oczy. Jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że widział tam poruszającą się postać, a teraz nie zostało po Walkerze ani śladu.
- Moyashi? – przełknął ślinę, poczuwszy jak drzwi za nim powoli się zamykają. Odwrócił się chcąc złapać za nie, lecz zanim zdążył, zatrzasnęły się, zamykając go w środku.
W ciemnym wnętrzu rozległ się perlisty, dźwięczny śmiech.
- Mam na imię Allen, Bakanda - rzuciła ukryta w ciemności postać. W tonie jej głosu wyraźnie czuło się rozbawienie i dziwną, niemal drapieżną czujność ukrytą pod płaszczem fałszywej wesołości. Brunet ponownie szarpnął za kraty. Chwilową ciszę rozdarło cichutkie westchnięcie.
- Nie otworzysz. Sam próbowałem tyle razy... - rozległo się niemal nieuchwytne szurnięcie butami - Miotając się po tej celi jak zaszczute zwierzę, na zmianę wyjąc, klnąc was wszystkich i łykając łzy bezsilności.
Samuraj obrócił się, by mieć przed sobą niepewną otchłań pokoju. Z której strony dobiegał głos? Echo myliło jego zmysły.
Położył tacę na podłodze, a następnie wyciągnął rękę do tyłu. Palcami przeczesał wolną przestrzeń, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się jego katana. Zacisnął lekko zęby i rzucił szybkie spojrzenie zza siebie.
- Mam cię.
Kanda poczuł jak dławi się własnym oddechem, gdy komplet palców lewej ręki zacisnął się na jego gardle niczym stalowe obcęgi.
- Chyba nie chciałeś skrzywdzić mnie jeszcze bardziej? - brunet mimo ciemności doskonale wiedział jak wyglądała twarz Allena. Delikatnie uniesione kąciki ust. Błysk w oku, który zdawał się imitować zagubioną gwiazdę. Jak zawsze, kiedy się uśmiechał.
- Kanda? - nieprzewidziany, syczący szept tuż koło ucha. Delikatne ciepło policzka i przypadkowe otarcie o jego własny. Jedna chwila, która miała wywrócić jego idealnie poukładany świat do góry nogami. To, co się działo było namiastką chaosu, anomalią, która nie powinna mieć miejsca. Serce samoistnie nie powinno przyspieszać swojego regularnego rytmu, a zawartość myśli zmieniać w metaforyczną, nagą białością plamę. Samuraj nie uchwycił momentu, w którym uścisk na jego gardle nieco zelżał, zezwalając na dostęp tlenu.
- Strasznie mała ta cela.
Przez chwilę zastanawiał się, o czym Walker mówi, gdy coś zimnego wbiło mu się w plecy. Nawet nie zauważył, że przez te parę sekund białowłosy zdążył przycisnąć go swoim ciałem do ściany, jedną ręką sięgając po wiszące się na niej łańcuchy.
- Co ty…? – nie dane było Kandzie dokończyć. gdyż ciężkie kajdany zderzyły się z jego twarzą. Allen tylko uśmiechnął się lekko, po czym zamachnął się i szybkim ruchem uderzył go jeszcze raz.
Głuchy, upiorny dźwięk łamanej kości ostro przeciął powietrze, mieszając się z cichym chichotem. Zszokowany brunet powoli osunął się w dół ściany, wypluwając krew z ust. Nie minęła dłuższa chwila, a drobne rany i złamania zasklepiły się z delikatnym sykiem. Jednak przekleństwa czasem bywają przydatne.
- Nie poznaję cię, Kanda - Allen wypuścił z ręki nieporęczne okowy, kucając przed egzorcystą. Leciutko zmarszczył brwi w zamyśleniu, wyciągając rękę, by dotknąć wyższego chłopaka. Ten wykazał się refleksem - chwycił Walkera za nadgarstek, boleśnie go wykręcając. Chłopak syknął ostrzegawczo.
- Trzymaj te brudne łapy przy sobie, moyashi - wyraźnie zaakcentował wyzwisko.
- Wolę zrobić z nimi coś innego.
Yuu odepchnął białowłosego od siebie i już miał wstać, kiedy poczuł;jak coś uniemożliwia mu ruch stopami.
- Kiedy…? – szepnął sam do siebie, nie przypominając sobie, żeby Walker trzymał jeszcze jedną parę kajdanek, a tym bardziej, żeby mu je zakładał.
- Cholera jasna - warknął pod nosem, próbując wstać, opierając się o ścianę. Bez skutku. "Mugen" - pomyślał krótko, rozglądając się w poszukiwaniu miecza.
- Nie znajdziesz - wyjaśnił spokojnie Allen, biorąc do ręki zapomnianą świeczkę, która wciąż się paliła. W wątłym świetle brunet dojrzał wyraźnie ściemniały kolor skóry Walkera. Chłopak czując, że Kanda mu się przygląda, zwrócił wzrok w jego stronę. W krwistej poświacie płomyka jego tęczówki wydawały się jeszcze bardziej złote... Chwila... Czy oczy młodszego egzorcysty nie miały srebrnawo-błękitnego odcienia, czy Yuu miał problemy z pamięcią?
- Głupi Yuu, bardzo głupi, mały Yuu – jasnowłosy roześmiał się lekko. Ignorując złośliwą odpowiedź Kandy, podszedł do niego i wyciągnął świecę przed siebie. Tak jak przypuszczał, czarnowłosy natychmiast przymknął oczy, oślepiony blaskiem płomienia. Korzystając z okazji, Walker zbliżył się jeszcze bardziej, umieszczając kolano między jego nogami.
Kanda syknął jak rozjuszony wąż gotowy do ataku. Na ślepo chwycił Allena za ramiona, odpychając go od siebie na tyle, na ile to było możliwe. Świeczka upadła na podłogę.
- Za dużo sobie pozwalasz moyashi. Zmiana make-upu wyraźnie ci zaszkodziła.
Zobaczył to jak na zwolnionym filmie. Para soczyście złotych oczu roziskrzyła się z rozbawieniem. Uśmiech, który uniósł kąciki ust nieco w górę, zdawał się rozrywać powierzchnię popielatej skóry. Jak pękająca maska o pustych oczach, w których zabrakło zagubionych gwiazd.
- Powinieneś zobaczyć swoją minę – rzucił Allen. – Głupi, słabiutki Yuu.
Przechylił głowę, unikając ciosu ze strony Kandy. Ten zapomniawszy o kajdanach spróbował podejść do białowłosego, jedynie z takim skutkiem, że potknął się, lądując z rękoma w rozlanej parafinie.
- Nie dosyć, że słaby, to jeszcze niezdara.
Młodszy egzorcysta wstał i przycisnął nogą bruneta do podłogi. Z zadowoleniem obserwował jak Japończyk syknął z bólu, czując jak pozostałość po świeczce parzy jego twarz.
- Czemu mnie po prosu nie zabijesz, zamiast się bawić, Noah - warknął brunet, czując jak stopa ustawiona na jego kręgosłupie mocniej przyszpila go do podłoża.
- Naprawdę chciałbyś tak szybko to skończyć? - rzucił albinos. Kucnął, zamieniając stopę na kolano - Co się z tobą stało, Kanda? - mruknął bardziej do siebie niż do starszego, delikatnie głaszcząc go po głowie.
- Zabieraj te parszywe...
- Po co zaraz tak obrzydliwy język? Obaj jesteśmy cywilizowanymi ludźmi - tu na chwilę zrobił pauzę, jakby się nad czymś zastanawiając - Przynajmniej teoretycznie tak powinno być - dodał po chwili.
Pochylił się nad Yuu, odgarniając mu włosy z twarzy. Zebrawszy wszystkie w jedno miejsce, pociągnął za nie unosząc głowę Kandy lekko do góry.
- Żałosne. Wyglądasz jak obrzydliwa, rżnięta po nocach kurwa – tutaj jeszcze bardziej wyszczerzył zęby, jakby coś sugerując. – Dlatego tak właśnie powinno się ciebie traktować.
- Pieprzony moyashi - warknął brunet, szarpiąc się - Puszczaj, ty mały skurwysynu!
Walker zaśmiał się z rozbawieniem.
- Czemu miałbym, kiedy to ja jes... - urwał, nie kończąc zdania. W ułamku sekundy ciało samuraja wygięło się pod dziwnym kątem, a on sam chwycił albinosa za przegub trzymającej go ręki.
- Uch... - jęknął głucho Allen, gdy jego plecy boleśnie skolidowały z zimnym kamieniem podłogi.
- I co teraz powiesz, moyashi?
Walker podniósł wzrok. Samuraj usiadł mu okrakiem na biodrach, trzymając ręce w nadgarstkach. Twarz ciemnookiego znajdowała się zdecydowanie za blisko jego własnej. Allen tylko uśmiechnął się kątem ust. Yuu zmarszczył brwi.
- Co w tym takiego zabaw... - urwał, gdy albinos uniósł nieco głowę z podłogi, delikatnie muskając wargami jego usta w niemal nieistniejącym pocałunku.
- Ty jesteś zabawny - szepnął chłopak. Para złotych tęczówek delikatnie zalśniła w półmroku.
- Dobranoc Yuu.
Kanda nie przypominał sobie, by choć na chwilę rozluźniał uścisk. Nie był w stanie pojąć jakim cudem Allen wydostał się spod niego jednym, kocim ruchem. Nie miało to żadnego znaczenia. Ważny był nagły ból w okolicy potylicy i zadziwiająco głęboka czerń, która wyciszyła dźwięki i pokryła wszystko jednym smolistym odcieniem. Utonął w błogim morzu nieświadomości.

***

Obudziło go lekkie szczypanie kończyn i uczucie jak gdyby był przez kogoś obserwowany. Otworzywszy oczy nie ujrzał co prawda Allena, a dziesiątki wpatrzonych w niego więźniów. Wzrok ich skierowany był głownie na dolne partie ciała czarnowłosego. W końcu i on, pełny złych przeczuć spojrzał na dół, o mały włos nie tracąc znowu przytomności. Przyczepiony był do dużego drewnianego krzyża, a co gorsza, miał na sobie jedynie koszulę i parę bokserek. Po jego nogach spływała ciecz, w której Kanda momentalnie rozpoznał świeżą krew.
- Podoba ci się to, co widzisz? – rozległ się głos gdzieś za nim.
- Gdybym był masochistą z upodobaniem do krwi... - rzucił z odrazą brunet.
- Dowcip ci się wyostrzył, Yuu - zaśmiał się Walker, pojawiając się w polu widzenia samuraja.
- Nie nazywaj mnie moim pieprzonym pierwszym imieniem! - warknął egzorcysta, szarpiąc się. Lina bezlitośnie wbijała się w jego ciało.
- Spokojnie - mruknął albinos, kucając przy leżącym krzyżu - Złość piękności szkodzi - uśmiechnął się lekko, opuszkami palców głaszcząc Kandę po policzku.
- Zabieraj tę rękę zanim ci ją odgryzę, Noah - cichy, stanowczy głos samuraja niósł ze sobą prawdziwszą groźbę niż wszystkie poprzednie krzyki i warknięcia. Allen nie musiał, ale cofnął dłoń.
- Wiesz, że teraz to ja miałem być tutaj na twoim miejscu? – syknął mrużąc oczy. – A ci moi pieprzeni, tak zwani przyjaciele, nawet nie ruszyli palcem, żeby coś związku z tym zrobić.
Powoli położył rękę koło kolana ciemnookiego, przesunął w górę po wewnętrznej stronie uda, aż w końcu ją zatrzymał. Yuu zaczął się szarpać jeszcze bardziej. Nie pomagały mu w tym nachalne spojrzenia rzucane przez obserwatorów tego wszystkiego, niektóre pełne obrzydzenia, inne wręcz przeciwnie.
- Ale wyrywny... - mruknął Noah, lekko kręcąc głową - Wiedziałem, że jesteś cholernie uparty, ale żeby aż tak?
W odpowiedzi brunet ponownie się szarpnął, plując Walkerowi w twarz. Chłopak na chwilę zesztywniał, po czym spokojnie wytarł policzek rękawem.
- Nie powinieneś był tego robić, Yuu - powiedział, po czym podszedł do miejsca, w którym lina trzymała jego prawą rękę na krzyżu.
- Wiesz - zaczął, wodząc palcem po wnętrzu dłoni bruneta - Zawsze stałeś na uboczu, dumny i teoretycznie nye do pokonania. Chciałbym zobaczyć jak się łamiesz. Jak krzyczysz z bólu, bo to on jest wyraźnym świadectwem tego, że żyjesz - sprawnym ruchem chwycił jeden z palców bruneta. Kości chrupnęły głucho.
- W twoich snach, moyashi – warknął Kanda, po czym przerwał, czując, jak Allen powtarza tą samą czynność z drugim palcem. - Musiałbym mieć ich o wiele więcej, żeby mnie to w ogóle ruszyło, idioto.
Tego Walker już nie skomentował. Przez chwilę w całym pomieszczeniu zapanowała cisza przerywana jedynie odgłosem łamanych kości.
- Rany, rany, zaczyna się robić nudno.
- Che, żałosne.
Białowłosy zamrugał zdezorientowany, zastanawiając się, czego dotyczyła ta uwaga.
- Wiedziałem, że jesteś godnym pożałowania kretynem, ale żeby udawać przerażającego poprzez wykorzystywanie teksów tych twoich pieprzonych krewnych, to już trzeba być naprawdę opóźnionym w rozwoju.
Białowłosy odruchowo nadął policzki z irytacją.
- Za to ty, aż błyszczysz intelektem i kulturą słowa stojącą na och jakże wysokim poziomie – odparował z ewidentnym rozdrażnieniem. Zgrabnie siadł okrakiem na biodrach związanego, z uporem maniaka patrząc mu prosto w oczy. Nagle uśmiechnął się leciutko i rzucił:
- Mimo wszystko, pozycja na dole wyjątkowo ci pasuje.
- Pieprz się.
Przez chwilę w umyśle Yuu pojawiła się wizja, w której rozrywał Allenowi twarz paznokciami. Lecz, jako że niemożliwe było dla niego w owej chwili chociażby uniesienie ręki do góry, tak też nie mógł zrealizować swoich planów. Jeszcze bardziej rozeźlony tym faktem, przygryzł wargę.
- Jesteś naprawdę słodki, kiedy się złościsz – zaśmiał się Allen z dziecinną serdecznością. Przez chwilę przypominał tego, kim był wcześniej. Iluzja znikła, gdy pochylił się, chwytając samuraja za włosy. Lekkim ruchem odchylił jego głowę do tyłu, sięgając ustami szyi. Delikatne pocałunki wzdłuż pulsującej tętnicy mimowolnie wywołały niechciany dreszcz, który niemal niezauważalnie wstrząsnął ciałem bruneta.
- Skończ tę zabawę i po prostu mnie zabij, moyashi – syknął Kanda przez zaciśnięte zęby. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że dotyk, choć niedelikatny i uczucie warg młodego Noah przyciśniętych do skóry sprawiał mu niepewną przyjemność. Wybuchowa mieszanka bólu i ekstazy.
- To byłoby strasznie bolesne pozwolić takiej pięknej osobie jak ty, umrzeć tak szybko. Chyba nie chciałbyś, żebym po tobie płakał, czyż nie? – wyszeptał Walker, przymykając lekko oczy. Powoli zszedł ustami na dół, jednocześnie rozpinając koszulę bruneta.
Kanda gwałtownie nabrał powietrza. Mięśnie boleśnie się napięły, ciało mimowolnie zesztywniało. Noah momentalnie wyczuł zmianę.
- Spokojnie - zaczął, rysując palcem przypadkowe wzory na brzuchu bruneta - Przecież nie chcę cię skrzywdzić.
Samuraj odpowiedział mu pogardliwym prychnięciem.
- Wiem, że wiesz - zaśmiał się swobodnie Walker. – A może sam także chciałbyś się zabawić? Wystarczyło spytać, przecież nie śmiałbym odmówić.
Sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej kawałek liny. Okręcił ją u nasady palców jednej z dłoni bruneta, by ograniczyć mu pełną swobodę poruszania nią. Następnie odwiązał rękę bruneta od krzyża i łapiąc na nadgarstek, przyciągnął ją do siebie.
- Daruj sobie moyashi. Jeśli myślisz, że mnie w ten sposób obłaskawisz, to grubo się mylisz – mruknął egzorcysta z udanym znudzeniem. Noah zignorował chłopaka, delikatnie przyciskając do ust końcówki jego palców.
- Ćśś. Nie musisz nic mówić – mruknął, przymykając bursztynowe oczy. Niemal z namaszczeniem, powoli przesunął uwolnioną dłoń wzdłuż szyi, na obojczyk. Kanda z trudem zdusił chęć sięgnięcia w białe kosmyki i przyciągnięcia do siebie twarzy Walkera. Mimo tego czym się stał, wciąż był taki… taki… ludzki. Popielata skóra nie straciła na porcelanowej kruchości ani miękkości.
- Mmm… zawsze się zastanawiałem jak taka zimna i arogancka osoba może mieć jednocześnie takie delikatne, pełne wdzięku ciało. Gdybyś na dłuższą chwilę zamknął oczy i zamilkł, mógłbym nawet pomyśleć, że mam przed sobą upadłego anioła. Przepięknego w swoim okru…
- Zamknij się, bo pieprzysz – przerwał mu Kanda. – Poeta z ciebie kiepski, moyashi.
- No i właśnie o tym mówiłem – zachichotał Allen. - Ale wiesz, moim zdaniem jeszcze piękniej wyglądałbyś leżąc we własnej krwi, łkając i błagając mnie o litość. A to dopiero byłoby bezduszne pozbawić świat takiego znakomitego widoku.
- Powtarzasz się, Noah-moyashi - mruknął bezemocjonalnie brunet. Uśmiech nie znikał z twarzy Walkera.
- Mam na imię Allen, Bakanda - rzucił odruchowo, z odrobiną nostalgii w głosie – Mimo wszystko – sięgnął brzegów swojej koszuli i powoli ściągnął przez głowę. Yuu z dziwną fascynacją obserwował jak materiał zsuwa się z ramion Noah. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że wszystko co się działo było po prostu chore. Z drugiej strony to czego podświadomie pragnął, stało w tej chwili najwyżej na liście priorytetów.
- Zanim pozwolę ci poczuć ból, chcę żebyś miał po mnie miłe wspomnienie - kontynuował albinos.
Wszystko co działo się później, tworzyło w oczach Kandy jedną, rozmazaną smugę pełną gorąca i dźwięków. Smukłe ciało pasujące do własnego jak zaginiony kawałek układanki. Uważne i jednocześnie pospieszne pocałunki, wypalające piętno grzechu. Drobne elektryczne igiełki rozgrzewające każdą komórkę ciała do czerwoności. Poczucie idealnego złączenia. Ekstatyczna eksplozja bieli i krzyk. Jego imię na ustach Allena.

***

„Niedobrze mi” - jęknął Kanda w myślach. Przez chwilę wyglądał jakby naprawdę miał zwymiotować. Wziąwszy parę oddechów, otworzył lekko oczy. Widział ich wszystkich. Dziesiątki ludzi na których patrzył kiedyś z politowaniem, obrzydzeniem, nienawiścią. Śmiał się z ich cierpienia, poniżenia. Teraz czując ich spojrzenia na swoim nagim ciele, miał ochotę krzyczeć, żeby zdechli w mękach, zniknęli - cokolwiek byleby przestali. Otworzył usta i już miał się odezwać, lecz tylko zakrztusił się własną krwią. Jeszcze chwilę temu przygryzał język, byle tylko nie krzyczeć, tak mocno, że w którejś chwili prawie go sobie odgryzł.
Ze wstrętem wypluł krew, która zebrała się w ustach. Odchylił głowę, dotykając bezlitośnie solidnej belki stojącego krzyża. Każdy oddech przychodził mu z trudem, palił obciążone płuca. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezsilny i bezbronny. Nienawidził tego uczucia – bezwzględnego odsłonięcia, niemożności obrony i odparowania przeciwnika.
- Uprzedzałem, że potem przyjdzie ból – odezwał się siedzący u stóp krzyża Allen. Z niedbale narzuconym ubraniem, niedopiętą koszulą, wyglądał na niemal znudzonego i sennego.
- Nie masz mi chyba tego za złe, prawda? – w jego głosie wyraźnie słychać było, że mówi bardziej do siebie niż do Kandy. Jakby usprawiedliwiał się sam przed sobą.
- Nie martw się. Uczucie bólu kiedyś się kończy. Tak jak wszystko inne.
Z ust bruneta wydobył się suchy, chrapliwy dźwięk – dźwięk, który najwyraźniej miał być śmiechem.
- Ale nie za szybko – dodał szybko Walker. – Nie możemy zawieść naszej widowni. Jak widzisz, dopiero co się rozkręcili.
Wstał i zrobił parę kroków do przodu. Zniknął Yuu z oczu, by po chwili wrócić z zestawem długich, zardzewiałych gwoździ i młotkiem. Klękając, przyłożył jeden z nich do serdecznego palca u nogi Kandy.
Ciemne oczy bruneta się rozszerzyły. Poczuł jak mimowolnie po skroni spływa mu kropla potu.
- Ha – parsknął tylko, wymuszając ironiczny uśmieszek.
- Niecierpliwy… - mruknął albinos, biorąc mały zamach. Samuraj musiał mocno zacisnąć zęby, by krzyk nie wydostał się z jego gardła. Wyraźnie poczuł ciepłą strużkę krwi spływającą po pulsującej bólem skórze.
- Myślałem, że chociaż raz nie będziesz taki uparty, Kanda – rzucił do niego Walker, wybierając kolejny kawałek żelastwa. Dopiero za trzecim razem z ust Yuu wydobył się dźwięk. Przerażający, wysoki, jak zwierzęce wycie. Chłopak opuścił głowę, oddychając ciężko. Po twarzy toczyły mu się krople potu.
- Nie ładnie tak fałszować, Yuu. – zachichotał Allen. – Spróbujmy znowu. Może następnym razem będzie lepiej.
Uśmiechnął się szeroko, słysząc kolejny krzyk Japończyka.
- No i już słychać różnice. Zobaczysz, jeszcze z trzydzieści razy i będzie dobrze.
Chłopak powoli nieco uniósł głowę. Kruczoczarne kosmyki włosów kleiły się do jego nagiego, mokrego od potu ciała. Ciemne oczy ziały przerażającą pustką.
- Dosyć – szepnął cicho.
- Och? Wybacz Yuu, ale cię nie usłyszałem – rzucił spokojnie Noah. Kolejny gwóźdź wszedł miękko jak w masło.
- Dosyć! – krzyknął samuraj, zaciskając powieki.
Przez chwilę Walker wyglądał jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
- Dosyć mówisz? A już zaczynałem dobrze się bawić – westchnął cicho. – Mmm… wiesz co ci powiem?
Spojrzał w twarz bruneta. Przez chwilę wpatrywał się w niego, zachowując przy tym niesamowicie poważny wyraz twarzy.
- To już koniec. Teraz możesz zasnąć – uśmiechnął się, przymykając oczy. Powoli zsunął się na ziemię, opierając plecami o krzyż. Z ust Noah popłynęła piosenka. Delikatna, kojąca mentalny ból melodia. Kołysanka? Miał wrażenie, że już ją gdzieś słyszał… Dawno temu…
- Soshite bouya wa nemuri ni tsuita…
Ciemność wyciągnęła do niego lepkie, kojące ramiona.

***

- Kanda? Kanda…
Wiedział, że zna ten głos, ale nie mógł go przypisać do żadnej konkretnej twarzy i imienia. Powieki ciążyły mu jak ołów, ciało pulsowało gorącem. Jak przez mgłę poczuł chłodny układ przyciskany do czoła. Bezwiednie wydał z siebie głęboki pomruk pełen ulgi.
- Kanda?
„Po co się powtarza… Słyszę…” – pomyślał chwiejnie. Delikatna dłoń lekko odgarnęła kosmyki poprzyklejane do jego twarzy. Osoba siedząca tuż obok cicho westchnęła. Samuraj zdobył się na wysiłek i powoli otworzył oczy. Obraz, który widział był rozmazany i nieostry.
- Ach, Kanda! – w jego polu widzenia pojawiła się niemal biała plama, na której wyraźnie odbijał się wąski pasek czerwieni. Zamrugał kilkakrotnie. Kontur wyraźnie się wyostrzył. Tuż nad nim z zatroskanym wyrazem twarzy i błyszczącymi błękitno-srebrnymi oczyma wisiał nie kto inny a Allen Walker.
- Dobrze, że się obudziłeś – uśmiechnął się. Kanda zmarszczył brwi – z pełnym przekonaniem i jednoczesnym zdziwieniem stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział nic tak pięknego.
- Gorączka tak długo nie chciała spaść… - białowłosy najwyraźniej miał potrzebę natychmiastowego przekazania informacji, bez zbędnych pytań bruneta – Kto by przypuszczał, że ta Akuma aż tak bardzo cię poturbuje… Powinieneś bardziej uważać, Kanda! Dać się zaskoczyć Poziomowi Drugiemu! – prychnął krótko, nabierając oddechu.
„Więc to wszystko… było snem…?”
- Długo majaczyłeś… - głos Allena nagle dziwnie złagodniał. Chłopak lekko przygryzł wargę, najwyraźniej gryząc się z własnymi myślami.
- Bałem się, że… - zaczął w końcu, ale Kanda niemal natychmiast mu przerwał:
- Zamknij się, moyashi – mruknął – Nie zaczynaj łzawych gadek w stylu Lenalee…
Z zaskoczeniem dostrzegł, że po twarzy Walkera nie wiedzieć, kiedy zaczęły staczać się łzy. Mimo to, egzorcysta nadal się uśmiechał, a jego oczy błyszczały jakimś niezrozumiałym, żywym blaskiem.
- Idź spać. Sen dobrze ci zrobi – powiedział nagle chłopak, ocierając twarz rękawem koszuli.
Kanda po raz pierwszy posłuchał go bez słowa protestu.
Allen poczekał dłuższą chwilę, obserwując jak klatka piersiowa samuraja spokojnie unosi się i opada. Odsunął krzesło, na którym siedział, po czym wyszedł z pokoju, narzucając kamizelkę na ramiona. Delikatny porcelanowy odcień powoli zalała popielata szarość. Srebro ustąpiło miejsca bursztynowemu złotu.
- Głupi Yuu – mruknął cichutko albinos – Głupiutki, mały Yuu…


While I´m waiting to die
I don´t look back
In a weird lullaby
I´ll carry on
:iconatemsgirl:
Aw, done.
:iconkasumizuki93:
*q*
a ostatnie dwa akapity... arcydzielo...
Reply
Add a Comment: